Na scenie artyści połączyli, dla licznej publiczności, kameralistykę z liryką wokalną.
Wieczór otworzyły „Tańce rumuńskie” Béli Bartóka. Transkrypcja na kwintet smyczkowy i skrzypce solo przeniosła te znane miniatury ze świata folkloru w świat eleganckiego salonu, nie pozbawiając oryginału energicznej, różnorodnej opowieści. Solista bawił nas rytmem i akcentowaniem, prowadził przez kilka sfer – od wyrażania ogromnej werwy poprzez uspokojenie po melancholię.
Kwintet towarzyszył mu z niezwykłą uwagą, precyzyjnie podkreślając wspólne pomysły interpretacyjne. A była to interpretacja błyskotliwa, pokazująca czystą przyjemność płynącą ze wspólnego muzykowania. Jako publiczność szybko to zauważyliśmy. I przyjęliśmy.
Wykonanie wybranych pieśni Mieczysława Karłowicza, to nie tylko jubileuszowy „ukłon” dla kompozytora (150 rocznica urodzin), ale także poszukiwanie w tych arcydziełach polskiej liryki wokalnej spójnych, z myślą Dvořáka, pomysłów i ich realizacji muzycznych. Artyści podzielili prezentację tych kompozycji na dwie części.

Magdalena Kulig w pierwszej zaśpiewała 4 pieśni: Smutną jest dusza moja, Zawód, Na spokojnym, ciemnym morzu i Pamiętam ciche, jasne, złote dnie. Śpiewaczka przekonująco zbudowała nastrój refleksji i egzystencjalnego smutku. Tak charakterystyczny dla tej poezji, którą do swoich kompozycji wybrał Karłowicz. Elegancka dykcja, piękne frazowanie, śpiew bez popadania w patos sprawiły, że utwory sprzed ponad wieku przekonująco wzbudziły emocje w nas, słuchających. Kwintet okazał się w tym wspólnym wykonaniu nie tylko mądrym akompaniatorem, ale zespołem, który dobrze rozumie się z solistką. Prawdziwym odkryciem programu okazało się „Sześć dawnych pieśni wiejskich z Lom” Carla Gustava Sparre Olsena. Ten rzadko wykonywany w Polsce cykl, łączący norweski folklor z wymaganiami muzyki kameralnej pokazał, że częściej należy sięgać po kompozycje bardzo cenionego w swojej ojczyźnie twórcy. I znowu, jak w przypadku „Tańców rumuńskich”, odnieśliśmy wrażenie „otulania dźwiękiem” solisty. Kwintet nie akompaniował skrzypkowi, ale tworzył wokół jego gry ciepłą, instrumentalną aurę.

W drugiej części wokalnej znów pojawiły się wybrane pieśni autora „Rapsodii litewskiej”: Mów do mnie jeszcze, Na szerokiem, na szerokiem morzu i Z nową wiosną. Ostatnia z wybranych kompozycji dała nieco więcej nadziei i ciepła, nieco innych emocji. Nie tylko ze względu na odmienne przesłania tekstu.
Muzycy zaproponowali niedługą przerwę. Na chwilę odpoczynku – dla siebie, a wysłuchanie informacji o programie drugiej części – dla publiczności.
Tę część wypełniły dwa utwory. Najpierw Kwintet smyczkowy nr 2 G-dur, op. 77 Antonína Dvořáka – dzieło ważne, będące artystycznym łącznikiem między symfoniami a utworami kameralnymi kompozytora. Swoją drogą minęło właśnie 150 lat od jego prawykonania. W interpretacji Kwintetu Śląskich Kameralistów kompozycja zabrzmiała świeżo, z piękną wyrazistą i głęboką barwą. Zarówno pojedynczych instrumentów, jak i całego zespołu. Muzycy od razu i przekonująco przystąpili do budowania naszych emocji. I przekazali nam je przejrzyście i z werwą.

Zwieńczeniem wieczoru stało się wykonanie Scherza c-moll z Sonaty F-A-E Johannesa Brahmsa. Na estradzie znów pojawił się Karol Lipiński-Brańka i razem z Kwintetem dał popis wirtuozerii. W tej interpretacji był bowiem i romantyczny rozmach, i płynność uczuć, ale też dialog, który polegał na wzajemnym uzupełnianiu się muzyków, żeby osiągnąć wyraźnie zaznaczane (dla nas) zmiany nastroju.
Artyści, którzy przygotowali i wykonali program polanickiego koncertu, swoim podejściem udowodnili, że kameralistyka to nie tylko gra w zespole, ale przede wszystkim umiejętność prowadzenia dialogu, zbudowanego na wspólnym pomyśle interpretacyjnym. Z ogromną korzyścią dla słuchających.
tekst – Mieczysław Kowalcze,
„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego, w ramach programu «Muzyka», realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca”.


Napisz komentarz
Komentarze