Mama mrównika, Tatsu, nie podjęła się opieki nad nim po porodzie. Tak czasami się zdarza, takie odrzucenie występuje czasami zarówno w naturze jak i w ogrodach zoologicznych. Na szczęście mamy pana Andrzeja – a on ma serce na dłoni, ogromną cierpliwość i wiedzę na temat ręcznego odchowu zwierząt. Małego mrównika nazwał Bubu – i tak już chyba zostanie. Młode nie ma jeszcze określonej płci, choć wiele wskazuje, że to samica.
Niezwykła historia mrównika
Miał zaledwie 1600 gramów, wypijał na raz kilkanaście mililitrów mleka, był właściwie całkiem łysy i pomarszczony. Dziś wypija dwie butelki mleka na raz, je już stały pokarm, skończył 5 miesięcy, waży 29 kg i z azylu trafił na wybieg w Afrykarium razem z mamą i tatą. Mały mrównik już nie jest taki mały i rośnie jak na drożdżach. Trochę mu zajęło „wykombinowanie” jak z dołu, czyli tam gdzie mrówniki mają norę, wejść tunelem do góry, na wybieg na piętrze ich „penthousu”. W sobotę po raz pierwszy wdrapał się tunelem i zobaczył po dłuższej przerwie swoich rodziców – Tatsu i Tanu. Na razie przez kratę. Większych interakcji między nimi nie było – po tak długiej rozłące mrówniki są niemalże dla siebie obce.
Z wybiegu na odchów ręczny
Był 17 października, godzina 18:00. Tatsu urodziła małego Bubu. To dość niecodzienna pora, bo zazwyczaj mrówniki rodzą młode późniejszym wieczorem. Niestety, nie wykazywała zainteresowania młodym.
– Po urodzeniu nie miała z dzieckiem żadnych interakcji. Ignorowała go. Zostawiliśmy z nią małego jeszcze na noc, ale gdy rano znaleźliśmy go w tunelu wychłodzonego, jasne było że zostawianie go z mamą jest bezcelowe, bo będzie tylko gorzej – opowiada Andrzej Miozga, który zajął się opieką nad mrównikiem.
Wcześniej ręcznie odchowywał m.in. likaony, leniwce, wiewiórki, wydry i inne zwierzęta odrzucone przez matki. Taki odchów ręczny to sport ekstremalny, a wykarmienie młodego jest niesłychanie trudne i nie zawsze się udaje. Ale Andrzej Miozga to najlepsza osoba, na jaką mały Bubu mógł trafić. Niejedną noc już w życiu zarwał co dwie godziny karmiąc porzucone oseski.
– Mrównik wypijał najpierw co dwie godziny małą porcję mleka. Noce miałem wyłączone z życiorysu – opowiada Andrzej Miozga.
Od dłuższego czasu mrównik je już stały pokarm, podobnie jak jego rodzice. To granulat dla owadożernych odpowiednio podany w formie łatwej do zjedzenia, a niemalże wypicia – można to nazwać zupą krem. Mrówniki mają długie języki – w naturze wydobywają nimi owady, a w naszym zoo zlizują swoją codzienną dawkę „zupy”.
Mrównik oswaja się z nowym wybiegiem
Po pięciu miesiącach przenieśliśmy mrównika na wybieg w Afrykarium. Wraz z nim przyjechały materiały z jego legowiska, między innymi ręczniki – aby był spokojniejszy czując znajomy zapach.
Bubu przez kilka dni kombinował jak ze swojej nowy wejść do góry (na wybieg naprzeciwko dikdików). Podejmował kilka prób wspięcia się tunelem, aż w końcu udało mu się to w sobotę i w niedzielę. Wtedy zobaczył rodziców – na razie przez kratę zagrody.
Wkrótce wypuścimy z zagrody jego mamę, by zapoznali się powoli na nowo. Mrówniki teoretycznie znają się – w końcu to rodzice i dziecko. Byli jednak rozdzieleni na tyle długo, że w praktyce ich łączenie będzie przebiegać podobnie niczym poznanie niespokrewnionego osobnika. A to u mrówników w ogrodach zoologicznych przebiega zazwyczaj spokojnie. Zwierzęta te nie mają w zwyczaju wykazywać do innych osobników agresji.
Człowiek z powołania
Bubu na szczęście zachowuje się jak mrównik. – Cieszę się bardzo z tego, że nie jest przywiązany do człowieka jak pies. Jest niezależny i chodzi własnymi ścieżkami, bardziej jak kot. To ważne, bo naszym celem jest, żeby mrównik zachowywał się jak mrównik i umiał wrócić na swój wybieg. To rodzice powinni mu wszystko pokazywać, to od nich ma uczyć się zachowań – tłumaczy Andrzej Miozga.
W swojej norze w Afrykarium Bubu czuje się wspaniale. Jest spokojny, ma doskonały apetyt, śpi na plecach. Nie wykazuje żadnych oznak niepokoju. O panu Andrzeju jednak nie zapomniał. Doskonale go rozpoznaje, wyczuwa nawet przez zamknięte drzwi i przychodzi się przywitać.
Mrównik ma do Andrzeja Miozgi pełne zaufanie, a wręcz zbudował z nim relację. Ta więź jest też ważna dla Pana Andrzeja.
Przez 20 lat po ukończeniu zootechniki, pisał on do zoo z prośbą o przyjęcie. – W końcu po 20 latach zwolnił się etat i pan Gucwiński przypomniał sobie, że był taki Andrzej, który od lat wypytuje o pracę. Skontaktował się ze mną. Pracowałem wtedy jako listonosz. W piątek rozniosłem listy, a w poniedziałek pracowałem już w zoo. I tak mija w tym roku 20 lat – wspomina Andrzej Miozga.









Napisz komentarz
Komentarze